When a thing is funny, search it carefully for a hidden truth.
- George Bernard Shaw
TEKSTY DLA MŁODZIEŻY: Zaczynasz naukę | Już trochę potrafisz | Potrafisz całkiem sporo
Skala ocen: 1 - 10
Oddanych głosów: 3 Aktualna ocena: 7.67
O polskim filmie
Drogocenne lustra i magiczne zwierciadła
Jak ludzie upiększają swoje ciała?
Zasady korzystania z telefonu komórkowego
Rekordziści w świecie zwierząt
Problemy religijne
Śmierdzący nałóg
Kino z moich marzeń
Czy telefon komórkowy może zastąpić przyjaciela?
Bezrobocie
Do szopy, hej pasterze!
Nowa baśń o starej historii
Smok nie nadszedł, ludzkość ocalała
Ziarno prawdy w legendzie
Legenda o panu Twardowskim
Czy czarny kot to pech czy zabobon?
Wycieczka do lasu
Niemy krzyk
Co słychać w subkulturach cz. 3
Co słychać w subkulturach cz. 2
Moja szkoła
W cyberprzestrzeni
Ozdoba na zawsze
Nasza-klasa...i inne
Moje miasto
Wojna niezmienna, czyli konflikt oczami hippisów
Szacunek dla nauczycieli...
Szacunek do nauczyciela
Niezwykłe spotkanie - opowiadanie
Błękitna planeta
Klasowa menażeria
Sława drugiego sortu
Pięknie, Kurczę, Pięknie (PKP)
Mała, zielona strzałka
Wolność słowa - apogeum
Nauka języków obcych - ciekawe doświadczenie czy przykra konieczność?
Czy jestem lesbijką?
Ściągo - Ojczyzno moja
Dzieci i sztuka
Co kryje się pod kolorami tęczy?
Żeby psie życie było mniej pieskie
Dziękuję za wspomnienia, czyli hołd dla ludzi dobrej woli
Co słychać w subkulturach cz. 1
Kwestia kota maści czarnej
O polskim filmie
Autor tekstu: Patryk Zasępa
Zwykle staram trzymać się z daleka od rodzimego kina. Powody są proste. Po pierwsze: tutaj kinematografia praktycznie się nie rozwija. Wszystko stoi w miejscu, a jedyne, co jest w stanie bardziej zaintrygować widza, to jakaś super unikalna fabuła (trochę dalej dowiecie się też, że i to dla polskich filmowców jest zbyt skomplikowane). Mówimy tutaj oczywiście o widzu troszkę bardziej wymagającym. Nie o ludziach, którym do zaspokojenia potrzeb kulturalnych wystarczy "Nigdy w życiu" lub "Tylko mnie kochaj". Nie mówimy też o młodzieży, którą zachwycają komedie pokroju "Czas surferów" albo "Jak to się robi z dziewczynami".
Po drugie: w Polsce nie ma na to pieniędzy. W Polsce wydarzenia kulturalne są organizowane na zasadach: "Niech będzie artystycznie i ogólnie inteligentnie, ale żeby dało się wycisnąć z tego trochę kasy". Spójrzmy, jakie filmy znajdują się na liście najdroższych polskich produkcji. Na pierwszym miejscu "Quo Vadis" za ponad 70 milionów złotych (szmira). Dalej na miejscu czwartym "Przedwiośnie" za 20 milionów (dno z drewnianą grą Mateusza Damięckiego). "Katyń" za 16 milionów (kiepski, niezależnie od oskarowej nominacji). "Stara Baśń: Kiedy słońce było bogiem" za 10 milionów (żal jak diabli). To tylko niektóre z najdroższych polskich produkcji. Do czego tutaj piję? Spójrzmy przede wszystkim, co było ekranizowane za taką kasę oraz - co jest równie ważne - kto wyreżyserował te "dzieła"? Hoffman, Wajda, Kawalerowicz. Znane i cenione w branży nazwiska, wielcy wirtuozi polskiej kinematografii. Ale sęk tkwi w tym, że kręcą oni filmy, na które hurtem zagna się szkolną młodzież, a więc zarobek jest niemal pewny. Drugi sęk tkwi w tym, że ci panowie NIE ŻYJĄ W XXI WIEKU. Nie nadążają nie tylko za najnowszymi trendami panującymi w kinematografii, ale nawet za standardami.
Z tym punktem wiąże się też kwestia zacofania technicznego. Nie ma kasy, to nie ma fajnych efektów specjalnych, nie ma sprzętu, itd. Między innymi dlatego smok w "Wiedźminie" wygląda jak z kiepskiej gry komputerowej, a płonący Rzym w "Quo Vadis" jeszcze gorzej.
Tym samym dochodzimy do trzeciego punktu: młodzi, ambitni i utalentowani chcą robić filmy i ja jestem święcie przekonany, że mogą zrobić widowisko, na którym szczęki nam opadną, ale nikt nie chce ich finansować! Dla nich nie ma, ale panowie Wajda, Hoffman i Kawalerowicz mają do dyspozycji sześcio- lub siedmiocyfrowy budżet. Spójrzmy na najdroższą Polską produkcję, czyli "Quo Vadis" Jerzego Kawalerowicza. 70 milionów złotych to przecież nie przelewki. Przy takim budżecie to wręcz niewiarygodne, że ten film jest aż tak zły. Ja rozumiem, że w założeniach miało być to monumentalne widowisko, ale wyobraźcie sobie, co z takim budżetem mógłby zrobić ktoś dużo młodszy i ambitniejszy? Nie twierdzę, że mielibyśmy Matrixa po polsku, ale że mielibyśmy kawał solidnego kina. Pytanie tylko, jak to miałoby się zwrócić producentom, jeśli do kina nie pójdą wycieczki szkolne (przyjmując, że dystrybucja za granicą jest znikoma). W ostatnich latach do pierwszej dwudziestki najdroższych polskich produkcji wskoczyły również takie badziewia jak "Ja wam pokażę!" czy "Tylko mnie kochaj". Nie muszę chyba mówić dlaczego? Po prostu producenci zorientowali się, że takie filmy mają wzięcie i nie boją się zainwestować w nie dużych pieniędzy.
Czwartym problemem polskiego kina są sami ludzie z tym kinem powiązani. I nie piję tutaj już do starszych panów wymienianych wyżej, czyli Wajdy, Kawalerowicza i Hoffmana. Piję tutaj do wszystkich. Aktorzy to jakaś zamknięta kasta, do której przyłączyć się można grając w telenowelach i tasiemcowych serialach oglądanych wieczorami przez kury domowe, skąd mamy wysoką oglądalność i już możemy mówić o wspaniałym sukcesie. Aha, do tego trzeba być przystojnym i mieć błysk w oczach, inaczej będzie jeszcze trudniej. Wówczas bierze się takiego "aktora" i od razu daje role w czterech innych serialach i angażuje do filmu fabularnego. Bo faktem jest, że starszych aktorów już prawie nie widać. Teraz ekrany zdominowane są przez takie nazwiska jak Małaszyński, Kot, Żmijewski, Szyc... Nie mówię, że oni wszyscy są kiepskimi aktorami, ale założę się, że oglądając, załóżmy, 10 ostatnich polskich filmów, niektóre twarze zobaczę więcej niż jeden raz. Mam po prostu wrażenie, że w Polsce coś takiego jak casting praktycznie nie istnieje. Nawet ludzie noszący bardzo szanowane nazwiska dają się wciągnąć na plan kompletnej szmiry, a potem w wywiadach gadają bzdury pokroju: "chciałem zagrać w filmie, gdzie opowiedziano ciekawą historię". Chodzi o kasę czy o bardzo ograniczony wybór? Gdy myślę o polskich aktorach to przez gardło mi nie przechodzi słowo "gwiazda". Dla mnie to tylko tacy tam lokalni pracownicy.
Pomińmy jednak aktorów. Powiedzcie mi, dlaczego w polskich filmach brakuje chociażby dobrych zdjęć? Kamiński, Idziak oraz Bartkowiak (zanim został reżyserem był cenionym operatorem) mieli tyle oleju w głowie, żeby stąd wiać. Ale czy w Polsce nie został ani jeden porządny operator? Ilekroć oglądam polską produkcję mam wrażenie, że operatorzy pracowali wcześniej przy komuniach i weselach.
Nie wiem jak was, ale mnie strasznie razi ręczna, trzęsąca się kamera. Było tylko kilka filmów, gdzie mi to nie przeszkadzało (m.in. zadziwiająco dobry "Dług" Krzysztofa Krauzego). Owszem, to też kwestia kasy - porządny sprzęt kosztuje. Ale generalnie kamera nie jest urządzeniem jednorazowego użytku - inwestycja w porządny sprzęt mogłaby znacznie podnieść poziom polskiego filmu. Były oczywiście filmy, gdzie użyto kamer na statywach, ale zdjęcia nigdy nie rzucały na glebę. Czy wśród polskich operatorów naprawdę brakuje ludzi z wyobraźnią i wizją? Oglądaliście kiedyś "Drogę do zatracenia" ze zdjęciami Conrada L. Halla? Film prawie w całości składa się ze statycznych ujęć, ruchy kamery są oszczędne, a mimo to efekt jest przepiękny!
Po przeczytaniu artykułu możecie mieć wrażenie, że nigdy nie widziałem starszych polskich produkcji - otóż nie. Widziałem. W starciu z obrazami z Hollywood i tak się nie liczą, ale z czystym sumieniem stwierdzam, że nie są to kompletne szmiry. Możecie też pomyśleć, że nie szanuję ważnych postaci polskiego kina. Szanuję, ale mogliby już przejść na emeryturę. Przepis na sukces z reguły jest bardzo prosty. Wystarczy nakręcić dramat... I to tyle, reszta się praktycznie nie liczy. Dramat musi być o tym, jak życie jest okrutne i jak źli są ludzie. Potem jednak wszystko się dobrze kończy - dobro wygrywa, etyka górą. Dla przykładu: zróbmy film o złym komorniku. Zabiera biednym, nie ma skrupułów, ale w kluczowym momencie przejdzie katharsis i będzie już dobry. Potem wystarczy usiąść w fotelu i oczekiwać zaproszeń na festiwale filmowe. Piję tu oczywiście do "Komornika" z Andrzejem Chyrą w roli głównej. Patrząc na sam tytuł przewidziałem fabułę ze 100% trafnością. Obraz niemający w sobie nic oryginalnego, przegadany i niedorobiony, wręcz żałosny, a mimo to zrobiono wokół niego wielki szum i wciśnięto masę nagród (głównie polskich, typu Złote Lwy czy Orły).
A właśnie - oryginalność. Ile polskich filmów było w stanie was naprawdę zaskoczyć czymś nowym? Chociażby fabułą, taką epicką, przaśną i jednocześnie oryginalną? W starszych produkcjach coś się znajdzie. Potem już lecą same kalki albo coś, co już po prostu gdzieś było. Podsumowując to, co powiedziałem: brak kasy, brak wyrazistych aktorów, brak dobrych reżyserów, brak dobrych operatorów, a nawet brak jakichkolwiek nowatorskich pomysłów... To co my mamy? Że niby kto mógł to nawiał, żeby karierę za granicą robić? W takim razie należy dojść do wniosku, że Polska to kraj umysłowego zacofania, bo tych ludzi była przecież garstka. W innych europejskich krajach jakoś powstają oryginalne pod względem treści produkcje i wcale nie mają oszałamiających budżetów.
Być może jestem rozpasany hollywoodzkimi komercyjnymi potworami robionymi pod publikę. Często też jednak sięgam też po te kultowe artystyczne produkcje, w których nie ma wielkich robotów, wybuchów i Bruce'a Willisa. I doceniam ich kunszt, jestem w stanie się nimi zachwycić i zakochać w nich.
"American Beauty" Sama Mendesa to świetny film. Pomijając fakt, że jest to obraz o typowo amerykańskim trybie życia - przecież dałoby się go nakręcić w Polsce! Nie ma tam szalenie drogich efektów specjalnych. W tym filmie zachwyca opowiedziana z humorem i ironią historia. Również w "Porachunkach" Guya Ritchiego nie widzę nic, co byłoby niemożliwe do zrealizowania dla polskich filmowców. "Wściekłe psy" Quentina Tarantino to parę strzałów, trochę sztucznej krwi, nic nadzwyczajnego. Czy można nakręcić produkcję, która nie przyciąga do kin "łubudu" i "bum", atakującym co 10 minut z ekranu? Można, ale u nas nie ma praktycznie nikogo, kto wyróżniałby się charakterystycznym stylem jak Tim Burton czy wspomniany już wyżej Quentin Tarantino.
Mógłbym ciągnąć te narzekania jeszcze przez kilkanaście akapitów, tylko po co? Moim zdaniem pytanie nie brzmi: "dlaczego u nas jest tak żałośnie?". Moim zdaniem pytanie brzmi: "kiedy to się wreszcie zmieni?". Albo lepiej: "czy zmieni się kiedykolwiek?". Jeśli polscy producenci pompują coraz więcej gotówki w przekalkowane komedie romantyczne, myślę że jest też szansa na to, że polskie kino zacznie rozwijać się również w innych kierunkach. Trzeba jednak na to długo poczekać.
P. Z.
O nas |
Reklama |
Regulamin |
Polityka prywatności
Tłumaczenie tekstów
Redakcja i korekta tekstów
(C) EnglishStory.pl
| KONTAKT: | Biuro: | biuro@englishstory.pl |
| Pomoc: | web@englishstory.pl | |
| Telefon: | +48 880 074 279 (w godz. 9:00 - 17:00) |