This teaches us that someone does not mean that we learn.
- George Bernard Shaw
TEKSTY DLA MŁODZIEŻY: Zaczynasz naukę | Już trochę potrafisz | Potrafisz całkiem sporo
Skala ocen: 1 - 10
Oddanych głosów: 4 Aktualna ocena: 8.25
O polskim filmie
Drogocenne lustra i magiczne zwierciadła
Jak ludzie upiększają swoje ciała?
Zasady korzystania z telefonu komórkowego
Rekordziści w świecie zwierząt
Problemy religijne
Śmierdzący nałóg
Kino z moich marzeń
Czy telefon komórkowy może zastąpić przyjaciela?
Bezrobocie
Do szopy, hej pasterze!
Nowa baśń o starej historii
Smok nie nadszedł, ludzkość ocalała
Ziarno prawdy w legendzie
Legenda o panu Twardowskim
Czy czarny kot to pech czy zabobon?
Wycieczka do lasu
Niemy krzyk
Co słychać w subkulturach cz. 3
Co słychać w subkulturach cz. 2
Moja szkoła
W cyberprzestrzeni
Ozdoba na zawsze
Nasza-klasa...i inne
Moje miasto
Wojna niezmienna, czyli konflikt oczami hippisów
Szacunek dla nauczycieli...
Szacunek do nauczyciela
Niezwykłe spotkanie - opowiadanie
Błękitna planeta
Klasowa menażeria
Sława drugiego sortu
Pięknie, Kurczę, Pięknie (PKP)
Mała, zielona strzałka
Wolność słowa - apogeum
Nauka języków obcych - ciekawe doświadczenie czy przykra konieczność?
Czy jestem lesbijką?
Ściągo - Ojczyzno moja
Dzieci i sztuka
Co kryje się pod kolorami tęczy?
Żeby psie życie było mniej pieskie
Dziękuję za wspomnienia, czyli hołd dla ludzi dobrej woli
Co słychać w subkulturach cz. 1
Kwestia kota maści czarnej
Żeby psie życie było mniej pieskie
Autor tekstu: Małgorzata Horecka
Może zamiast psa albo kota lepiej kupić maskotkę? Maskotkę można wyrzucić, gdy nam się znudzi a psa...?
To brzmi jak paradoks: żaden pies nie marzy o tym, żeby tu trafić, ale zwierzęta mają szczęście, że to miejsce istnieje. Pomimo że słowo "schronisko" kojarzy się z cierpieniem i odrzuceniem, tak naprawdę jest konieczną ostoją, ostatnią deską ratunku dla porzuconych, niechcianych i zapomnianych czworonożnych mieszkańców naszego miasta. Szkoda, że zwierzęta nie mogą same opowiedzieć, co przeżyły, nie mają możliwości poskarżyć się nam, ludziom... Może wtedy bardziej poruszyłby nas ich los. Ale tak naprawdę wystarczy przejść obok klatki, w której kłębią się psie sieroty i popatrzeć im głęboko w oczy. Tego nagromadzenia żalu i rozczarowania nie można nie zauważyć, a na dnie każdego spojrzenia tli się jeszcze iskierka nadziei, która szepce ci prosto do ucha: "Może ty zechcesz mnie pokochać? Może pozwolisz, bym ja pokochał ciebie ?"
W schronisku prowadzonym przez Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami pracuje cały sztab ludzi, którzy na co dzień dają z siebie wiele, by zapewnić jak najbardziej godziwe warunki czworonożnym mieszkańcom budynku przy ul. Rybnej 3. Na szczególny szacunek zasługują jednak ci, którzy zazwyczaj nie chcą, by o nich mówić. Wrażliwi, poświęcający się od wielu już lat, ciągle z takim samym zapałem, odporni na wszechobecne zobojętnienie - wolontariusze.
Udało mi się namówić jedną z wolontariuszek schroniska w Krakowie, by odpowiedziała na kilka pytań:
- Od kiedy jesteś wolontariuszką w schronisku?
- Moją przygodę z wolontariatem, bez którego teraz nie wyobrażam sobie życia, rozpoczęłam na przełomie 2000 i 2001 roku. Zgłosiłam się z własnej inicjatywy, gdyż od dzieciństwa chciałam zostać psy...chologiem. Jaki tu związek? Ano byłam święcie przekonana, że psycholog to osoba zajmująca się psami. Na początku byłam jedyną niepełnoletnią wolontariuszką, potrzebowałam zgody rodziców. Była jeszcze pani Małgosia, która zajmowała się kotami. Dopiero po kilku latach mojej pracy zaczęli się pojawiać inni ochotnicy w moim wieku.
- Jak często jeździsz do schroniska?
- Na początku moje wizyty były bardzo częste, w zasadzie każdy weekend spędzałam w schronisku. Wtedy miałam na to więcej czasu, gdyż chodziłam jeszcze do liceum. Teraz, gdy jestem już na studiach, mam coraz mniej czasu, ale mimo wszystko staram się przynajmniej jeden dzień weekendu poświęcić moim psom. Jestem tam wtedy od rana do wieczora.
- I czym się wtedy zajmujesz?
- Trzeba pamiętać, że pomoc tym zwierzętom to nie głaskanie i wyprowadzanie na spacerki. Tak naprawdę przez pierwszych kilka miesięcy miałam bardzo ograniczony kontakt ze zwierzętami. Zajmowałam się raczej sprzątaniem i przygotowywaniem jedzenia. Myłam okna, lamperię i podłogi w korytarzach. Nie żałuję jednak ani minuty. Te prace "pomocnicze" w rzeczywistości bardzo przyczyniają się do zwiększenia komfortu zarówno zwierząt, jak i ludzi, którzy pracują w schronisku.
Dzisiaj zajmuję się wyprowadzaniem psów na spacer (to najprzyjemniejszy moment), do tego nadal sprzątam, myję kojce, układam koce, karmię zwierzęta. Często też trzeba umyć i zdezynfekować izolatkę, co nie należy może do przyjemnych zadań, ale trzeba ciągle pamiętać, dla kogo się to robi i wtedy każde machnięcie ścierką staje się ważne!
Prawdę mówiąc, pracy w schronisku jest tak dużo, że starczyłoby jej na tydzień dla dwudziestu osób. Niestety, nie można zrobić wszystkiego w jeden dzień, dlatego wybiera się to, co jest aktualnie najważniejsze. Staram się jeździć do schroniska regularnie.
- Czy psy wiedzą, że nadszedł moment, kiedy powinnaś się pojawić w schronisku?
- Nie, myślę, że teraz nie. Choć kiedyś były suki, które były moimi ulubienicami: Bunia, Mircia, Nina i Sara. Dzisiaj wszystkie mają już domy. Wtedy, kiedy przychodziłam do schroniska, one wiedziały, ledwo mnie zobaczyły, że to czas na spacer i widziałam, jak bardzo się cieszą. To chyba najpiękniejsza zapłata za to, co robię.
- Ile psów jest aktualnie w schronisku?
- Jest ogromna rotacja, teraz jest około 500 psów i 250 kotów. Są również inne zwierzęta. Czasem bywają u nas świnki morskie, szczury, chomiki, żółwie wodne, gołębie. Mieliśmy kozę, która była źle traktowana przez właściciela. Już w schronisku okazało się, że jest kotna i wydała na świat kilka ślicznych, małych koźląt.
Zdarzają się również łabędzie, kiedyś był bocian, ale doszedł do siebie i odleciał. Są okresy, w których jakiś gatunek trafia do schroniska ze zwiększoną częstotliwością; tak było kiedyś z fretkami. Były modne, więc ludzie kupowali je bez zastanowienia, a potem - kiedy okazywały się zbyt wymagające - oddawali je do nas.
Czasem są też nietoperze i inne dzikie zwierzęta, jak jastrzębie, ale te w krótkim czasie trafiają do zaprzyjaźnionego ornitologa lub do ZOO.
- Z jakich powodów ludzie oddają psy do schroniska?
- Na szczęście bardzo rzadko jestem świadkiem tego, gdy ktoś przynosi zwierzę. Pamiętam jednak najbardziej bulwersujące przypadki. Pewna pani przyprowadziła do nas swoją czternastoletnią suczkę, by wymienić ją na młodszy model - niczym zużyty akumulator.
Często ludzie oddają zwierzęta, gdyż wyjeżdżają za granicę. Wierzę, że mogą być takie sytuacje, ale czy nie można wcześniej zapoznać się z ofertami hoteli dla psów, lub na własną rękę poszukać domu dla swojego pupila, zamiast oddawać go z dnia na dzień do schroniska?
Niestety, wiele szczeniąt trafia do nas z dzikich hodowli. Czyli takich, w których rodzicami nie są zwierzęta rodowodowe, a w świetle prawa takie zwierzę nie jest rasowe. Prawie wszystkie te szczenięta są ciężko chore i wymagają długiej rehabilitacji. Zdarzają się również przypadki, gdy właściciele nie mają nawet odwagi przyprowadzić psa do schroniska i porzucają go uwiązanego do płotu.
Poza tym bywa, że nasi podopieczni szybko do nas wracają, choć w umowie adopcyjnej wyraźnie jest napisane, że potrzebują one przynajmniej dwóch tygodni na przyzwyczajenie się do nowego miejsca. Tłumaczenia są niekiedy naprawdę absurdalne. Pewien pan oddał psa, bo ten "chodził w nocy" a inna kobieta oddała kotka, stwierdzając, że jest niemiły w dotyku, po tym, jak jej dziecko wysmarowało kociaka oliwką. Inna osoba miała pretensje, że pies... szczeka.
- Jak wygląda adopcja?
- Adoptujący musi mieć przy sobie dowód osobisty. Przyjęło się także, że za pieska uiszcza się symboliczną wpłatę, która wspiera schronisko. Dobrze jest posiadać smycz i obrożę, a jeśli zabiera się szczenię - trzeba mieć w czym go przewieźć.
Po podpisaniu umowy adopcyjnej można zwierzę zabrać. Umowa nakłada na nowego pana pewne obowiązki. Trzeba się np. liczyć z tym, że pracownicy TOZ mogą skontrolować, w jakich warunkach żyje podopieczny.
Z drugiej strony chcę przypomnieć, że jeśli zwierzę zachoruje w przeciągu dwóch tygodni od adopcji, możemy leczyć je bezpłatnie u lekarza weterynarii w schronisku, od początku choroby do momentu całkowitego ustąpienia jej objawów.
- Poza pomocą doraźną staracie się również zapobiegać bezdomności zwierząt. W jaki sposób?
- Wszystkie zwierzęta opuszczające schronisko są sterylizowane. Te, które z jakichś przyczyn nie zdążą przejść zabiegu przed adopcją, muszą być do nas w tym celu jak najszybciej przyprowadzone. Sterylizacja to najskuteczniejsza metoda zapobiegania szerzeniu się bezdomności wśród zwierząt.
* * *
Po rozmowie z Natalią Pepłowską staje się jasne, kim jest wolontariusz. To osoba skromna, nierzucająca się w oczy, małymi krokami ratująca świat. Czyli jest bohaterem, ale nie superbohaterem w światłach reflektorów, raczej cichym rycerzem walczącym ze smokami, których my - przeciętni ludzie - nie zauważamy.
PS.
Niech nieco afektowany ton, w którym mówię o zwierzętach i ich problemach, nikogo nie zmyli. Uważam się za osobę trzeźwą, twardo stąpającą po ziemi. Znam realia, potrafię zachować proporcje w ocenie bolączek nękających świat, ale czyż ta odrobina miłości podarowanej naszym braciom mniejszym nie uczyni nas bardziej ludzkimi?
M. H.
O nas |
Reklama |
Regulamin |
Polityka prywatności
Tłumaczenie tekstów
Redakcja i korekta tekstów
(C) EnglishStory.pl
| KONTAKT: | Biuro: | biuro@englishstory.pl |
| Pomoc: | web@englishstory.pl | |
| Telefon: | +48 880 074 279 (w godz. 9:00 - 17:00) |