This teaches us that someone does not mean that we learn.
- George Bernard Shaw
TEKSTY DLA MŁODZIEŻY: Zaczynasz naukę | Już trochę potrafisz | Potrafisz całkiem sporo
Skala ocen: 1 - 10
Oddanych głosów: 3 Aktualna ocena: 9.33
O polskim filmie
Drogocenne lustra i magiczne zwierciadła
Jak ludzie upiększają swoje ciała?
Zasady korzystania z telefonu komórkowego
Rekordziści w świecie zwierząt
Problemy religijne
Śmierdzący nałóg
Kino z moich marzeń
Czy telefon komórkowy może zastąpić przyjaciela?
Bezrobocie
Do szopy, hej pasterze!
Nowa baśń o starej historii
Smok nie nadszedł, ludzkość ocalała
Ziarno prawdy w legendzie
Legenda o panu Twardowskim
Czy czarny kot to pech czy zabobon?
Wycieczka do lasu
Niemy krzyk
Co słychać w subkulturach cz. 3
Co słychać w subkulturach cz. 2
Moja szkoła
W cyberprzestrzeni
Ozdoba na zawsze
Nasza-klasa...i inne
Moje miasto
Wojna niezmienna, czyli konflikt oczami hippisów
Szacunek dla nauczycieli...
Szacunek do nauczyciela
Niezwykłe spotkanie - opowiadanie
Błękitna planeta
Klasowa menażeria
Sława drugiego sortu
Pięknie, Kurczę, Pięknie (PKP)
Mała, zielona strzałka
Wolność słowa - apogeum
Nauka języków obcych - ciekawe doświadczenie czy przykra konieczność?
Czy jestem lesbijką?
Ściągo - Ojczyzno moja
Dzieci i sztuka
Co kryje się pod kolorami tęczy?
Żeby psie życie było mniej pieskie
Dziękuję za wspomnienia, czyli hołd dla ludzi dobrej woli
Co słychać w subkulturach cz. 1
Kwestia kota maści czarnej
Moje miasto
Autor tekstu: Dziewanna Kusińska
Jak wygląda moje miasto? Na pierwszy rzut oka nie można powiedzieć o nim, że jest przytulne. Tymczasem te ciemne podwórza i uliczki to czyjeś własne miejsce na świecie.
Tik - tak, tik- tak... Wskazówki zgodnie wskazały osiemnastą.
- Do zobaczenia! - rzucam, wychodząc pośpiesznie. Opatulam się szalikiem, wchodząc w chłodne, jesienne, wieczorne powietrze mojego miasta, zagęszczone pudrową mąką mgły, zaczynającej zbierać się w zakamarkach.
- Drożeje, drożeje, wszystko drożeje! - słyszę słowa narzekającej przy kiosku babci. Wspomina "złote" komunistyczne czasy, stawki za znalezioną w ziemniakach stonkę i łatwe życie, "bo wie pani, każdy pracę miał, czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy". Babcia kładzie na pękniętą, plastikową miseczkę, kilka monet za kolorową gazetkę o jakichś pokemonach dla rozwrzeszczanego dzieciaka, pewnie wnuka, skaczącego przy stojaku z czasopismami. Młoda sprzedawczyni milczy, potakuje tylko, kiwając ze zrozumieniem głową. Pewnie wspomina, jak długo szukała tej pracy.
Idę dalej. Patrzę na niebo: zgromadzone nad zachodnim horyzontem chmurki przybrały kolor słodkiego, kremowego lukru. Lekko kiczowate obłoczki przyjmują kształt to zająca, to konia, to znów tylko zwykłej chmury. Skręcam w stronę z pozoru opustoszałego targowiska, po którym latają resztki gazet i foliowych woreczków, unoszone lekkim wiatrem. Przechodząc obok zdewastowanych straganów czuję na sobie pełen krytyki wzrok. Należał zapewne do właścicielek czterech bezwładnie zwisających z lady nóg, opiętych cukierkowatymi, identycznymi dżinskami bez charakteru. Na umalowanych błyszczykiem, tuszem do powiek i innymi upiększaczami twarzach widzę znudzenie i wszechogarniającą pogardę. Cóż. Pewnie czułabym się podobnie, gdybym jako jedyną możliwość spędzania czasu przyjęła sączenie taniego piwa w obrzydliwych miejskich zakamarkach.
Podążam w stronę wzniesienia o kształcie przypominającym znienawidzone przez mieszczuchów wyjeżdżających na wieś brązowe "placki" leżące w trawie. Ich główną cechą jest nieprawdopodobna skłonność do przyklejania się do podeszew. Na dachu prywatnej przychodni, będącą kością niezgody pomiędzy radnymi miasta, zabłysły niebieskie lampy.
Przechodzę przez most, dzielący miasto na dwie nierówne części. Przerzucono go ponad szarą wstążką rzeki, która już kilka kilometrów za naszą mieściną bardziej przypomina ohydny ściek, niż Królową Polskich Rzek. Jakiś nieostrożny rowerzysta-szaleniec omal mnie nie potrąca. Zbiegam w stronę oświetlonego paroma sterczącymi świetlówkami tunelu, wyzywając go od tego i owego. Spogląda na mnie z pogardą, jak patrzy się na małe psy nie dorastające człowiekowi nawet do kolana, które swoje wyszczekają, ale są w zasadzie zupełnie niegroźne. Rozglądnąwszy się po brudnych ścianach stwierdzam, że jeszcze nie tak dawno wisiały tu jakieś plakaty wyborcze. Teraz jednak ściany były puste, nie licząc całej masy niczego nie przypominającego graffiti.
Wreszcie zostawiam za sobą "tamtą stronę". Pod "Biedronką" przekrzykuje się banda meneli, wymachując pustymi butelkami po jabolu. Pewnie zaraz dojdzie do rękoczynów. Czmycham stamtąd czym prędzej, wchodząc na najbardziej reprezentacyjną ulicę miasta, z paroma butikami i jedyną w centrum cukiernią. Obok mnie przechodzą dawni szkolni znajomi. Tak, to ci, którym przyszło na myśl, by wyrwać się ze szpon tego może i przytulnego, lecz pozbawionego różowych perspektyw miasta. Teraz mijają mnie, z wysoko uniesionymi głowami, zaprzątniętymi, miejmy nadzieję, bardziej ambitnymi myślami niż moje.
Na rynku biegają moi rówieśnicy - pewnie z "dwójki" czy "ósemki", piszcząc i chichocząc. Ktoś wykrzykuje moje imię. Tu każdy każdego zna... Zdaje się, że o tym zapomniałam. Wizja bezpiecznej anonimowości uciekła daleko za horyzont.
Wciąż idę dalej. Mijam zaniedbaną starówkę. Ulicą spacerują pary z dzieciakami: widzę liczne mamusie, tatusiów i wózki i wózeczki różnego typu i kolorów. Wymarzona pora na przeparadowanie pod oknem sąsiadki w nowym płaszczu lub, jak kto woli, na spacerek do kościoła i z powrotem. Lodziarnia o tej porze już dawno zamknięta. Nie ma dokąd iść.
Dokładnie pamiętam niedawno przeprowadzony generalny remont owego kościoła, mający nieco odświeżyć jego wizerunek: dach błyszczał wówczas pięknymi odcieniami miedzi, a my, patrząc ze szkolnych okien podczas dużej przerwy, śmialiśmy się z pasiastych, zielonych ścian, przypominających cyrk. Zaletą kościelnej wieży był zegar, umiejscowiony dokładnie naprzeciwko szkolnych okien, odliczający czas pozostały do końca lekcji. Stare dzieje. Wiele się zmieniło w moim życiu od tego czasu, jednak miasto nie zmieniło się wcale.
Widzę, jak pan z kiosku, ten sam co przed dziesięcioma laty, segreguje gazety przed zamknięciem, a z biblioteki wychodzą ostatni, nieliczni czytelnicy, wygonieni przez pracownicę zamiatającą podłogę. W końcu już dawno po osiemnastej, więc czego oni się spodziewali. Od kwadransa czytelnia powinna być nieczynna.
Z plakatu wyborczego gapi się na mnie jakaś tęga gęba. Zmarszczki tną nadęte policzki i grubą szyję, łysina wstępuje na czoło. Niedopasowany krawat dusi napuszonego kandydata. Nie wiem, jaka to partia, ale wiem, że można spotkać tego pana w sąsiednim barze, niemal codziennie. Może powinien założyć tam swoje biuro...?
Dalszy odcinek drogi znam na pamięć. W końcu przechodzę tędy kilka razy dziennie. Na skrzyżowaniu obok domu pomocy społecznej, gdzie wysłano tych niepełnosprawnych, którymi nikt nie chciał się zajmować, skręcam na osiedle, z blokami w kolorach galaretek Winiary czy Doktora Oetkera. Domem Opieki straszy się nieposłuszne dzieci: "Jak dalej będziesz się tak zachowywał, wyślemy cię tam, zobaczysz! Będziesz mieszkać z przygłupami".
Na horyzoncie w niebo wbija się komin ciepłowni, w którym rzadko kiedy świecą wszystkie czerwone światełka naraz. Zresztą od niedawna na kominie tym znajduje się więcej nadajników niż światełek. Komórki Sieci 1, Sieci 2, Sieci n-tej, Internet radiowy, najtańszy w okolicy, tylko 90 zł za miesiąc!, tło elektromagnetyczne coraz gęstsze, istny bigos.
Wreszcie mijam bar pełen amatorów procentów i zatykając nos, wchodzę do klatki bloku. Przy okazji mijam ośmiu nieco podpitych kolesiów siedzących na jedynej przedklatkowej (czytaj: połamanej) ławeczce i jednego pod. Zdewastowany domofon zdaje się znów nie działać. Walę z całej siły w guzik, który z niewiadomej przyczyny jeszcze jako tako trzyma się na swoim miejscu. Uśmiecham się i otwieram drzwi, witając graffiti na ścianach. Wchodząc na schody dochodzę do wniosku, że mimo wszystko KOCHAM MOJE MIASTECZKO! To przecież stąd się wywodzę, tu mieszkały obie moje babcie. Doskonale pamiętam wszystkie fascynujące opowieści i legendy, których słuchałam, siedząc jako dziecko na babcinych kolanach. W tych opowiadaniach można odnaleźć i zidentyfikować niemal każdy kamień w lesie, każdy starszy budynek, pamiętający jeszcze wojnę, każdą ulicę. Z tym miejscem związana jest i moja historia. Każde ważne wydarzenie mojego życia wydarzyło się właśnie tu... Narodziny, pierwszy dzień w szkole, szkolne przyjaźnie, a nawet miłości. Pierwsza praca, chociaż prosta i tylko w warzywniaku, pierwsza wypłata i torba słodyczy kupiona za zarobione pieniądze. Wydarzenia drobne, z pozoru nieistotne. A naprawdę? Sprawy najważniejsze.
Wiem doskonale, że cokolwiek się stanie, nigdy nie opuszczę mojego miasta...
D. K.
O nas |
Reklama |
Regulamin |
Polityka prywatności
Tłumaczenie tekstów
Redakcja i korekta tekstów
(C) EnglishStory.pl
| KONTAKT: | Biuro: | biuro@englishstory.pl |
| Pomoc: | web@englishstory.pl | |
| Telefon: | +48 880 074 279 (w godz. 9:00 - 17:00) |